Bo człowiek nigdy nie podbije obcych światów bez pomocy robotów. Dobrze o tym wiedzą i europejscy naukowcy z ESA, i amerykańscy z NASA. Dlatego ci pierwsi już testują łazika, który zatknie flagę Unii Europejskiej na Marsie, a ci drudzy pracują nad robotem, który będzie pomagał astronautom pracującym na orbicie okołoziemskiej i podczas przyszłej wyprawy na Księżyc oraz na Czerwoną Planetę. Amerykanie twierdzą wręcz, że ich stwór będzie świetną maskotką dla astronautów.
Na miejsce testu marsjańskiego łazika budujące go europejskie konsorcjum EADS wybrało Teneryfę. Powulkaniczne pustkowia tej hiszpańskiej wyspy podobno świetnie udają pustynie Marsa. Zajmujący się łazikiem brytyjscy konstruktorzy są bardzo czuli na najmniejszy błąd. To oni trzy lata temu wysłali na Marsa pojazd Beagle 2. Dotarł on na orbitę Czerwonej Planety razem z europejską sondą Mars Express (która pracuje z sukcesem do dzisiaj). Odłączył się od niej 19 grudnia 2003 r. Sześć dni później wszedł w atmosferę planety i słuch po nim zaginął. Prawdopodobnie rozbił się podczas lądowania, a z nim upadła brytyjska wizja podboju planety.
ESA dała Brytyjczykom jeszcze jedną szansę. W 2011 r. testowany obecnie łazik wejdzie w skład misji ExoMars i miejmy nadzieję, że tym razem się uda. Po wylądowaniu przeszuka najbliższą okolicę, wypatrując śladów życia - przeszłego lub obecnego. Ta misja to część europejskiego programu Aurora, dzięki któremu ESA chce zawojować Księżyc i Marsa. Po ExoMars przyjdzie czas na sondę, która przywiezie próbki marsjańskiego gruntu. Potem ESA chce założyć na Czerwonej Planecie stałą placówkę obsługiwaną przez roboty. Dopiero po nich przyjdzie kolej na wyprawę europejskich astronautów. Niewykluczone jednak, że nasi (choć Polska ciągle nie należy do ESA) staną na Marsie ramię w ramię z Amerykanami. Naukowcy z USA to prawdziwi pionierzy łazikowania po Marsie - pierwszy z ich pojazdów jeździł po nim już w 1997 r., a teraz pracują dwa kolejne.
Konstruktorzy z należącego do NASA Jet Propulsion Laboratory (JPL) w Kalifornii pokazali właśnie światu swoje najnowsze dziecko - przypominającego kraba robota, którego nazwali Lemur (od Limbed Excursion Mechanical Utility Robot). Będzie on pomagał astronautom w drobnych naprawach. Dzięki niemu ludzie nie będą musieli się wpychać w zakamarki statku lub stacji kosmicznej, żeby coś naprawić - zrobi to za nich niewielki robot. Nie będą się także musieli narażać, wychodząc na niebezpieczne (promieniowanie, ewentualne zderzenie z meteorem lub kosmicznym śmieciem) spacery kosmiczne. No i Lemur się nie zmęczy - a dla astronautów praca w otwartej przestrzeni jest bardzo wyczerpująca.
Swoją wszechstronność amerykański robot zawdzięcza zestawowi sześciu odnóży. Na trzech się porusza, a pozostałymi może wkręcać, ciąć czy świecić sobie przy pracy. Jest przy tym bardzo dokładny - oprócz robót naprawczych potrafi się także podpisać! A jeśli pracuje na zewnątrz np. stacji kosmicznej, wystarczy mu tylko jedna noga, którą trzyma się kadłuba. Dzięki odnóżom kraba i dwóm kamerom umieszczonym na obrotowej konstrukcji Lemur nie musi się odwracać, by zawrócić. Wystarczy, że odwróci swoje oczy - tam gdzie spojrzy, będzie przód. Konstruktorzy robota widzą też dla niego przyszłość na Marsie.
- On porusza się jak zwierzę. Dlatego wejdzie na wzniesienia, których dzisiaj marsjańskie łaziki nie są w stanie pokonać - mówi inżynier Brett Kennedy z JPL. - A dla astronautów będzie wiernym towarzyszem - takim kosmicznym psem.
Kiedy poleci na orbitę po raz pierwszy? W ciągu najbliższych dziesięciu lat - przewidują specjaliści z NASA.
Autor artykułu: Tomasz Ulanowski



